„Brzydal” w Teatrze S. Jaracza
Tym razem chciałam Wam polecić spektakl Teatru im. S. Jaracza pt. „Brzydal”. Pewnego dnia tytułowy bohater – Lette, dowiaduje się, że nie będzie mógł promować swojego nowego wynalazku ,ponieważ, według szefa i kolegów z pracy oraz żony, ma on niezwykle brzydką twarz. Decyduje się na operację plastyczną. Zmieniając swoją twarz, zmienił jednak również charakter. Z wybitnego inżyniera i wynalazcy staje się uwodzącym klientów firmy marketingowcem. W postać Lettego świetnie wcielił się Mariusz Siudziński. Oprócz niego, reszta aktorów gra po kilka ról. Barbara Marszałek jako żona, asystentka chirurga oraz bogata, podstarzała biznes woman. Mariusz Ostrowski gra asystenta Lettego, asystentkę lekarza i pustego, zagubionego syna owej damy. Mariusz Saniternik to nie tylko szef korporacji, ale również genialny chirurg plastyczny, który wprowadza na rynek stworzony przez siebie model twarzy.
Autor w tej sztuce zwraca uwagę na granice manipulacji, tyranię mass mediów i speców od wizerunków. Ukazuje do czego ludzie są zdolni, by dostosować się do wymogów rynków. Wspaniała gra aktorska, absurdalne, śmieszne sytuacje, zaskakujące zakończenie oraz ciekawa scenografia to atuty tego spektaklu. Gorąco polecam!
Jadwiśka
„Lesio” J. Chmielewska
W tym numerze chciałam Wam polecić książkę Joanny Chmielewskiej pt. „Lesio”. Lesio jest dobry na wszystko. Masz chandrę – czytaj „Lesia”. Boli Cię głowa – czytaj „Lesia”. Rzucił Cię chłopak/dziewczyna – czytaj „Lesia”. Pada deszczy czy świeci słońce – czytaj „Lesia”. Dostałeś pałę w szkole – czytaj „Lesia”. Jesteś przeziębiony – czytaj „Lesia”. Czy jest zima, czy lato – czytaj „Lesia”. Wstałeś rano lewą nogą – czytaj „Lesia”. Czarny kot przebiegł Ci drogę – czytaj „Lesia”. Nic Ci się nie udaje – czytaj „Lesia”.
Lesio – to główny bohater książki – szalony architekt. Jego koledzy i koleżanka z pracy też należą do ludzi „ nieprzeciętnych”. Ich pomysły i zdolności do pakowania się w kłopoty dają czytelnikowi dużo radości i zabawy.
„Lesio” jest najlepszym lekarstwem na wszelkie problemy. Tej książki nie da się tradycyjnie streścić. Trzeba ją po prostu przeczytać. Przygotujcie się na dużą dawkę humoru i świetną zabawę!
Miłej lektury!
Jadwiśka
Vampire weekend - "Vampire Weekend”
Vampire Weekend to nowojorski zespół czterech studentów Columbii, czerpiący inspiracje z afrykańskiej muzyki etnicznej. Na wielu nowofalowych indierockowych formacji, korzystających z doświadczeń i popularności Arctic Monkeys lecz oferujących sprawdzone już (jednakże w ich przypadku nieskuteczne, nieświeże, wtórne) ‘pomysły na nową muzykę’, Vampire Weekend wydają się być oddechem wiosny. Dawka dziwnego afro-funky-pop-rocka-(...) to coś zupełnie ‘innego’, wyróżniającego się. Odzywają się jednak głosy negujące jej świeżość, ukazujące ‘zadziwiające’ podobieństwo do popu lat siedemdziesiątych, Paula Simona, Petera Gabriela z Genezis, a nawet The Zombies. Należy jednak zwrócić uwagę, że co 10 osoba sięgająca po ten album wie o kogo chodzi.. i albumowi zdecydowanie wychodzi to na dobre. Utwory poruszają swą prostotą i bijącym od nich entuzjazmem. Od dawna bowiem na scenie muzycznej brakowało czegoś równie radosnego i wartego zawieszenia na nim ucha zarazem. Afrykańskie bębny, karaibskie dźwięki, radosne skrzypce, chwytliwa gitara i delikatne chórki – od czegoś takiego aż chce się zacząć dzień! A przynajmniej powinno się, by powstrzymać chęć np. pozbawienia życia pasażerów tramwaju, kłótni, zamartwiania się. Dla słuchaczy dziwna może jednak wydać się tematyka tych utworów– bo kto śpiewa o studiach, w dodatku z taką niewinnością i intelektem? Zarozumiali chłopcy z dobrych domów? Bo przecież nie gwiazdy rocka... Gdyby potraktować ich teksty na sucho, można by stwierdzić, że wymyślił je właśnie pretensjonalny stypendysta. Te piosenki są jednak tak naturalne, iż wydają się powstawać bez wysiłku, wydumanego myślicielstwa, ot tak. Teksty emanują niewymuszonym humorem, nastoletnim romantyzmem, momentami akademicką frazeologią, zawsze jednak odnoszą się do rzeczywistości. Jedynie nagromadzenie nazw geograficznych i własnych może dezorientować, dowodzi to jednak tego, że autorzy najwyraźniej nie liczyli na taki rozgłos i na to, że ktoś zada sobie trud zlokalizowania na mapie półwyspu Cape Cod. Te melodyjne, chwytliwe, a zarazem nietuzinkowe, pozbawione parcia na bycie hitem oraz wiecznie modnego młodzieńczego buntu piosenki w swej autentyczności pomagają odkryć poezję w codzienności.
A w piękny wiosenny poranek dochodzi się do wniosku, że jeśli życie składa się z momentów, to teraz także ten ma swój soundtrack.
friutcake
Nowy Teatr Nowy
Od momentu objęcia stanowiska dyrektora artystycznego Teatru Nowego w Łodzi przez Zbigniewa Brzozę, emocje wokół gruntownych przemian jakie zachodzą na scenie jednego z łódzkich teatrów nie cichną. Nowy dyrektor w konkursie na objęcie swojej posady pokonał kilkunastu kandydatów, m.in. Olgierda Łukasiewicza (Albert Starski z „Seksmisji”), uznawanego wcześniej przez obserwatorów za faworyta.
Zbigniew Brzoza ukończył Wydział Prawa na Uniwersytecie Warszawskim oraz podyplomowe studia reżyserii dramatu w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie. Sławę przyniosło mu objęcie stanowiska dyrektora artystycznego Teatru STUDIO. Jego spektakle były wielokrotnie prezentowane i nagradzane na licznych festiwalach teatralnych w Polsce i zagranicą. Dyrekcję w łódzkim Teatrze Nowym objął 1 września 2008 r. i (nie bez przesady) od razu wziął się do pracy.
Zaczęło się od radykalnych zwolnień. Doszło do rozwiązania umów z 13 aktorami, gdyż zdaniem Brzozy, 40-osobowy zespół to stanowczo za dużo. Ośmiu ze zwolnionych artystów podjęło walkę na drodze sądowej-niestety z marnym skutkiem. Powodem wypowiedzeń miał być brak propozycji artystycznych na przyszły sezon, jednak w momencie rozwiązywania umów obsada nowych spektakli nie była jeszcze znana. W gronie zwolnionych z Nowego znaleźli się aktorzy młodego pokolenia i ci w średnim wieku. Aktualny rynek pracy nie jest dla nich łaskawy, takie zwolnienie może śmiało oznaczać „śmierć zawodową”. Jednak Brzoza nakreślił sobie ambitny plan ożywienia Teatru Nowego i do tej pory twardo się go trzyma.
Ponowne otwarcie sceny zostało zainaugurowane premierą „Brygady szlifierza Karhana”. Spektakl w reżyserii Remigiusza Brzyka zbiegł się w czasie z 59. rocznicą powstania Teatru Nowego. Przedstawienie według sztuki czeskiego komunisty Vaska Kani wywołało kontrowersje ( dramat jest sztandarowym przykładem socrealizmu) ale i podziw. Spektakl został okrzyknięty przez „Gazetę” i „Politykę” jednym z wydarzeń teatralnych minionego roku. Narratorem-wodzirejem przedstawienia jest Wojciech Błach(znany m.in. z roli Jeżyka w serialu „Plebania”) , który po dziesięciu latach przerwy znów powraca na scenę Nowego.
Na tym nie koniec, teatr pracuje pełną parą. Dużym powodzeniem cieszy się również spektakl „ Słońce w kuchni”, a luty obfituje w nowości :„Klątwa”, „Kukułka”, „YOTAM”. Tytuły niebanalne, bo jak mówi sam Brzozowski: „Chcę, żeby przychodzili ludzie inteligentni, ciekawi świata i sztuki, którą chcemy im proponować”- cokolwiek to ma oznaczać.
Weronka
Masakra piłą monodramową, czyli „Toporem w serce” Teatru Jaracza
O tym, że Teatr Jaracza w monodramach jest naprawdę dobry wiadomo nie od dziś, kto widział na scenie „samotnego” Bronisława Wrocławskiego czy Kamila Maćkowiaka, z pewnością będzie chciał zobaczyć najnowszą gatunkową propozycję teatru.
Jesteśmy w niej świadkami monologu Rolanda Topora (główna rola Mariusza Ostrowskiego), jak twierdzi oficjalna informacja teatru – „wnikliwego obserwatora rzeczywistości”, neurotyka, który „widzi świat współczesny okiem nadwrażliwca”. To na pewno udało się reżyserom -Kamili Jankowskiej i Witoldowi Jurewiczowi – spełnić, postać z którą przez ponad sześćdziesiąt minut widz zmuszony jest mieć do czynienia z pewnością jest dość fanatyczną, indywidualną osobistością. Autorzy spektaklu jednak chyba zapomnieli, że przygotowali przedstawienie, na które przyjdą ludzie, którzy nie zawsze zgodzić się muszą z wizją głównego bohatera, innymi słowy – niekoniecznie świat Topora zechcą kupić.
Widz od razu zostaje wprowadzony w rzeczywistość surową, krwawą. Scenografię stanowi metalowy stół wykorzystywany przy sekcjach zwłok oraz przezroczysta folia, za którą kryje się na początku także bohater, ale przede wszystkim towarzyszący mu zespół rockowy. „Toporem w serce” jest bowiem monodramem muzycznym. Niestety, kiedy tylko zacznie robić się ciekawie i dość przerażająco, z instrumentów wydobędą się pierwsze dźwięki. Podczas gdy niezwykle wytrwały na scenie Mariusz Ostrowski wykonuje którykolwiek z kilkunastu autorskich utworów, przed widzem otwiera się świat nie pełen dylematów podobnych problemom Topora, lecz przestrzeń, w której plastikowa folia okrywa tylko jedno pytanie: po co?
Aktor w rytmach zdecydowanie za głośnej muzyki zdaje się chcieć wykorzystać w pełni możliwości metalowego stołu ustawionego na szerokość sceny, tańczy na nim, na przemian wdrapuje się i zbiega z niego, nie można się oprzeć wrażeniu, że robi wszystko, by za taki pusty, zimny stół nie zostać uznanym. Jeżeli miał być to zamierzony kontrast między postacią a kreowanym przez nią światem – odważę się powiedzieć, że jest dość nieudany. Jeżeli tylko próba dodania bohaterowi kolejnego aspektu osobowości, która wylać ma się krwią na płaszczyznę tegoż właśnie stołu – nieudana tym bardziej. Chaos wprowadzony przez Ostrowskiego mija się z celem, jego szaleńcza, żwawa „choreografia” trochę przeszkadza mu w śpiewaniu – w efekcie widz niezaznajomiony wcześniej z tekstem niektórych słów nie dosłyszy, a jak mówiły już nasze babki, co nie dosłyszy, to zmyśli. A to wypada zdecydowanie na niekorzyść aktora, który w tej osobliwej kreacji przenosi się całkowicie do innego, przerażającego świata. Ta rzeczywistość, choć przedstawiona wiarygodnie jako brutalna, egoistyczna i pusta, dla niego będzie właśnie taka gdy tylko zorientuje się, że jedynie on wiedział, o czym śpiewa.
Problem tej sztuki tkwi w jej schizofrenicznej formie, planowany atut okazał się strzałem do własnej bramki. Ostrowski na tyle zawzięcie odgrywa każdą partię, że chce się go traktować jak nieszkodliwego wariata, nie – szaleńca z przesłaniem. Warsztat aktorski zamieniony został na żywy przykład przesady, chociażby w scenie aktu seksualnego w której bohater uzyskuje fizyczną przyjemność w kontakcie z mass-mediami, których „misja”, wg niego (zresztą bardzo słusznie, nie przeczę) mija się z celem. Podobnie jak cały spektakl.
pk